Przekład literacki od dawna próbuje pogodzić rzeczy pozornie nie do pogodzenia. Ma być wierny słowom, ale przede wszystkim myślom. Zachować styl autora, a jednocześnie brzmieć naturalnie w nowym języku. Czytać się jak oryginał, choć przecież oryginałem nie jest.
W komedii kryminalnej lista obowiązków robi się jeszcze dłuższa. Zagadka musi pozostać precyzyjna, bohaterowie zachować własny głos, a humor nie może zgubić się po drodze. Czasem trzeba więc zmienić nazwisko, znaleźć nowe rozwiązanie dla gry słów albo inaczej zbudować żart, żeby zadziałał tak samo.
Olga Lapchenko, tłumaczka ukraińskich wydań serii Małgorzaty Starosty, opowiadając KrymiKom o swojej pracy nad przekładem, ujęła to celnie: „W komedii kryminalnej samo przetłumaczenie informacji nie wystarcza – trzeba jeszcze sprawić, aby czytelnik śmiał się dokładnie tam, gdzie autorka zaplanowała żart”.
I to jest ciekawe w zagranicznych losach polskiej komedii kryminalnej. Nie tylko dokąd docierają książki i w ilu językach można je przeczytać, ale co dzieje się z nimi po drodze. Co zrobić ze Szczupaczyńską, której nazwiska angielski czytelnik niemal nie jest w stanie wymówić? Czy „eks-denat” może pozostać eks-denatem za granicą? I co ma słowackie wydanie „Lesia” wspólnego z Wielką Pardubicką?
Maryla Szymiczkowa. Profesorowa zmienia nazwisko
Przygody profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej mają już całkiem pokaźną historię zagraniczną. „Tajemnica Domu Helclów” ukazała się po angielsku, francusku, włosku i ukraińsku, a na części rynków czytelnicy dostali również kolejne tomy serii. Za liczbą wydań kryje się jednak ciekawsza historia: co właściwie można wraz z książką przewieźć przez językową granicę?
W przypadku angielskiego przekładu pierwsze wyzwanie pojawiło się już przy nazwisku głównej bohaterki. Antonia Lloyd-Jones, tłumaczka „Tajemnicy Domu Helclów”, opisała w „Words Without Borders”, jak szukała dla profesorowej nazwiska, które zrobi po angielsku to samo, co Szczupaczyńska robi po polsku. Nazwisko jest długie i dla anglojęzycznego czytelnika niemal niewymawialne. Lloyd-Jones żartobliwie określiła bohaterkę nawet jako Mrs-Professor’s-Wife-Unpronounceable. Do tego w nazwisku kryje się szczupak. Rybie skojarzenie dodaje mu komizmu, ale sam szczupak, ze swoimi ostrymi zębami, pasuje też do charakteru bohaterki.

Nowe nazwisko musiało spełnić trzy warunki: brzmieć wiarygodnie po polsku, zawierać rybę i jednocześnie sugerować, że z profesorowej lepiej nie śmiać się zanadto. Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, autorzy piszący pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, podsunęli nazwisko Heryng. Nie wystarczyło. Lloyd-Jones zaczęła przeglądać listy ryb i polskich nazwisk, aż zrobiła coś, czego po przekładzie rozumianym jako wierne odtwarzanie oryginału raczej byśmy się nie spodziewali: wymyśliła nazwisko od nowa. Tak Szczupaczyńska została Turbotyńską. Turbot wprawdzie nie imponuje uzębieniem szczupaka, ale, jak zauważyła tłumaczka, ma za to „turbo power”. Pozostawienie Szczupaczyńskiej oznaczałoby zachowanie nazwiska, ale utratę części efektu, jaki wywołuje ono u polskiego czytelnika. Żeby ocalić żart, trzeba było więc zmienić oryginał.
We francuskim wydaniu bohaterka pozostała Zofią Turbotyńską. Włoska tłumaczka poszła inną drogą: przełożyła na włoski rybę, którą do nazwiska wprowadziła Lloyd-Jones. Angielski turbot stał się włoskim rombo, a Turbotyńska – Rombotyńską. Jak wyjaśnia Jacek Dehnel, za tym wyborem przemawiało również ostre brzmienie słowa.
Obaj autorzy są również tłumaczami literackimi. Piotr Tarczyński w wywiadzie dla „Society Nineteen” wyjaśniał, dlaczego nie przepada za popularnym określeniem lost in translation: „Jako tłumacz nie lubię wyrażenia „lost in translation”. Tłumaczenie jest interpretacją, więc akcentuje jedną rzecz, a zaniedbuje inną. Nawet jeśli coś faktycznie zostaje „zgubione”, dobry tłumacz kompensuje to czymś innym”.
W odpowiedzi na pytania KrymiKom Jacek Dehnel opowiedział też, jak wyglądała praca nad angielskim przekładem od strony autorów. Współpraca z Antonią Lloyd-Jones była bliższa niż przy pozostałych wersjach językowych. Dehnel, który zna tłumaczkę od dwudziestu lat, pisze, że wraz z Piotrem Tarczyńskim pracowali z nią „niejako w tandemie”. Angielski jest jedynym z tych języków, w którym obaj czują się na tyle swobodnie, że mogli sugerować zmiany.
Lloyd-Jones proponowała z kolei skróty tam, gdzie humor po prostu „nie przechodził”. Tak było z opisem pompatyczności pogrzebu Mickiewicza, przywoływanym podczas pogrzebu Matejki. Dla polskiego czytelnika jest komiczny. Angielski czytelnik nie wychwytuje jednak wszystkich kulturowych smaczków i, jak tłumaczy Dehnel, zostaje mu „nudny kawał tekstu, opóźniający rozwój akcji”. Taki fragment można było więc skrócić. Czasem zamiast skracać, udawało się znaleźć nowy żart. Pani Zdechlikiewiczowa, prowadząca w drugim tomie burdel na Dębnikach, po angielsku została panią Dunin. Nazwisko nadal brzmi po polsku, ale done in oznacza „zaciukany, ubity”.
Wszystkie takie zmiany i skróty Lloyd-Jones konsultowała z autorami. Dehnel podkreśla jednak, że ostateczne decyzje należały do tłumaczki.
Małgorzata Starosta. Żart musi trafić w to samo miejsce
W przypadku Małgorzaty Starosty za granicę ruszyła cała seria z Jeremim Organkiem i Lindą Miller. Zmiany zaczynają się już na okładce. „Gdzie są moje zwłoki?” ukazało się po ukraińsku jako „Де моє тіло?”, czyli „Gdzie jest moje ciało?”, a „Komu zginął trup?” jako „Чиє тіло зникло?” – „Czyje ciało zniknęło?”. W drugim przypadku dosłowny przekład brzmiałby po ukraińsku mniej naturalnie. Tłumaczka Olga Lapchenko szukała więc tytułu bardziej dynamicznego, łatwego do zapamiętania, ale zachowującego „intrygę oryginału”.
Podobnie „Kto zamawiał denata?” zostało „Хто замовив небіжчика?”, czyli „Kto zamówił nieboszczyka”. Tutaj liczyły się również gra słów i czarny humor. Lapchenko zwraca uwagę, że przekład tytułu jest wyrazem autorskiego spojrzenia tłumacza. Szczególnie ważne jest, jak mówi, żeby „nie trzymać się zbyt kurczowo dosłownego tłumaczenia. Dobry tytuł przekładu powinien brzmieć tak, jakby od początku został napisany w danym języku”.
Same powieści nie wymagały większych zmian kulturowych ani obyczajowych. Lapchenko zależało przede wszystkim na zachowaniu polskiego kolorytu, bo miejsce akcji, realia i polskie odniesienia są ważną częścią świata tych książek.

Najwięcej uwagi wymagały fragmenty mocno osadzone w polskiej kulturze językowej: powiedzenia, żarty, skojarzenia i odniesienia do konkretnych osób. Dosłowne tłumaczenie często nie wystarczało, bo żart przestawał działać. W książkach Starosty dodatkową trudność stanowi humor, który nie zawsze opiera się na pojedynczej puencie. Często wynika z charakterów bohaterów, ich sposobu myślenia i prowadzenia dialogu. Linda mówi szybko, przeskakuje między skojarzeniami, przesadza i z pełną powagą traktuje najbardziej absurdalne pomysły. Jeremi ma z kolei suchy, powściągliwy humor. Ich rozmowy działają właśnie dzięki tej różnicy.
Olga Lapchenko jako przykład podaje scenę z ogromną walizką Lindy. Jeremi jest przerażony jej rozmiarami, Linda wyjaśnia zaś, że kobieta potrzebuje wielu strojów, żeby w odpowiedniej chwili wyglądać „na milion funtów”. Kiedy Jeremi komentuje tę logikę, słyszy: „Bo nikt nie ma, geniuszu!!!”. W przekładzie trzeba było zachować nie tylko znaczenie kolejnych zdań, lecz także rytm i dynamikę tej rozmowy.
Przy całej serii dochodzi jeszcze konieczność pilnowania powracających żartów i charakterystycznych określeń. Linda chętnie tworzy własne. Jednym z nich jest „eks-denat” – określenie zmarłego byłego partnera. Od razu zaczyna bawić się tym słowem, zestawiając je z „królową-matką” i „księciem-małżonkiem”. W ukraińskim przekładzie trzeba było znaleźć rozwiązanie, które zachowa zarówno jego znaczenie, jak i językową grę.
Joanna Chmielewska. Przekład przekracza granicę
Italo Calvino twierdził, że tłumacz wprowadza pisarza w świat. U Joanny Chmielewskiej, jak zwykle, wszystko potoczyło się trochę bardziej dosłownie. Słowacki „Lesio” pomógł jej przekroczyć granicę. Radziecką. Historię opisała później w autobiografii. Jechała samochodem przez Związek Radziecki do Czechosłowacji. Zabrała ze sobą słowackie wydanie „Lesia”, w przekładzie Hany Lerchovej i z ilustracjami Jána Meisnera. Sam tytuł zresztą też przeszedł metamorfozę. „Leško” zyskał podtytuł: „a nielen on, lebo tŕnistá je cesta k sláve”, czyli „i nie tylko on, bo ciernista jest droga do sławy”.

Na radzieckiej granicy celnicy zaczęli wypytywać o dokumenty, pieniądze, cel podróży i bagaż. Chmielewska wyjaśniła, że jadą do Czechosłowacji w interesach związanych z wydaniem jej książki i pokazała „Lesia”. Jeden z funkcjonariuszy zajrzał do środka, przekartkował, zawołał pozostałych i po chwili wszyscy oglądali ilustracje Meisnera, pokazywali je sobie i śmiali się. Kwestia bagażu zeszła na dalszy plan, a Chmielewska mogła jechać dalej.
Słowacki „Lesio” miał jeszcze jeden, znacznie przyjemniejszy skutek. Ukazał się w nakładzie 49 tysięcy egzemplarzy jako książka, która miała zachęcać do prenumerowania również literatury ideologicznej. Oznaczało to pokaźne honorarium w koronach. I właśnie z tymi koronami autorka trafiła między innymi do Pardubic. Konie były jedną z wielkich namiętności Chmielewskiej, więc część wynagrodzenia zostawiła na torze. Atmosfera tamtych wyścigów i hazardowa gorączka wróciły później w powieści „Wyścigi”.
O przekładach Chmielewska mówiła zresztą z uznaniem, na które nie zawsze zdobywała się wobec własnej twórczości. W wywiadzie dla Onetu, pytana, czy jest z nich zadowolona, odpowiedziała: „No, nie tak wiele znowu było tych przekładów – głównie na języki słowiańskie. Nie znam wszystkich, ale przekłady czeski i słowackie są na tyle znakomite, że lepiej się je czyta niż moje książki.”
Największa zagraniczna kariera czekała jednak Chmielewską w Rosji. Jak wielka – tego nawet ona sama nie potrafiła dokładnie powiedzieć. Kiedy w rozmowie z „Newsweekiem” padła liczba ośmiu milionów sprzedanych egzemplarzy, zaprotestowała: „Nie wiem, ile milionów. Przecież oni wydawali na dziko”. Za to rosyjskich czytelników opisała znacznie precyzyjniej: „Rzucili się na mnie jak stado bizonów”.
Po drugiej stronie językowej granicy
Skalę światowego obiegu przekładów trudno dziś dokładnie policzyć, ale już pod koniec XX wieku UNESCO rejestrowało ich ponad 60 tysięcy rocznie. W morzu tych wszystkich wydań pojedyncza decyzja tłumaczki – jak choćby wymyślenie Turbotyńskiej zamiast Szczupaczyńskiej – wygląda jak kropla w oceanie. A przecież właśnie z takich drobnych wyborów składa się cała ta ogromna praca: z zamiany jednego słowa, przebudowania żartu, znalezienia odpowiednika powiedzenia, rozstrzygnięcia, czy nazwisko bohaterki zmienić czy zostawić, czy tytuł przetłumaczyć dokładnie czy wymyślić rytm na nowo.
To tylko kilka kolejnych tytułów w ogromnym międzynarodowym obiegu książek. A jednak jest coś bardzo przyjemnego w oglądaniu zagranicznych okładek polskich komedii kryminalnych.