Zacznijmy od pytania, które zadaje sobie pewnie każdy, kto pierwszy raz sięga po książkę z serii „Śledztwa profesorowej Szczupaczyńskiej”: czy to wypada? Kryminał retro, krakowska mieszczka, przełom XIX i XX wieku – czy to brzmi jak coś, co można czytać w tramwaju, nie robiąc sobie z tego wyrzutów? Można. Ale co ważniejsze: można czytać i robić sobie z tego coraz więcej przyjemności, bo seria Maryli Szymiczkowej – czyli Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego – to rzecz złożona.
Skąd wiadomo? Bo Anna Podstawka z KUL poświęciła tej serii artykuł naukowy. Bo Anna Lauks opisuje Zofię Szczupaczyńską w kategoriach genologicznych i kulturowych. Bo Jerzy Sosnowski, pisząc recenzję „Rozdartej zasłony” w 2016 roku, przyznał, że research autorów budzi jego „niekłamany podziw” – a Sosnowski, historyk literatury z doświadczeniem w literaturze Młodej Polski, jest w tej kwestii wiarygodnym świadkiem. Krótko mówiąc: jest się nad czym pochylić. I właśnie to zamierzam tutaj zrobić.
Pani Dulska rozwiązuje zagadki kryminalne
Wszystko podobno zaczęło się od prowokacji intelektualnej. Piotr Tarczyński, historyk i tłumacz, zauważył pewną niesprawiedliwość: Warszawa ma swój kryminał retro, Lwów ma, Wrocław ma – a Kraków, miasto z największym kompleksem własnej wyjątkowości w całej Polsce, nie ma. Pomysł był prosty i genialny zarazem: „A co by było, gdyby stateczna mieszczka krakowska, taka pani Dulska, rozwiązywała zagadki kryminalne?”.
Dulska nie jest tu porównaniem przypadkowym. Gabriela Zapolska stworzyła postać, która stała się synonimem krakowskiego mieszczaństwa: hipokryzja wyniesiona do rangi cnoty, etykieta ważniejsza niż prawda, fasada ważniejsza niż wnętrze. Tarczyński wziął ten archetyp i zadał pytanie: a co jeśli taka kobieta naprawdę zaczęłaby się interesować tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sąsiadów? Co jeśli jej obsesja na punkcie szczegółów – u Dulskiej skierowana w stronę kontroli – zostałaby przekierowana na rozwiązywanie zagadek kryminalnych?
I tu wchodzi Zofia Szczupaczyńska. Wywodzi się z aptekarskiej rodziny z Przemyśla, ale obsesyjnie pragnie uchodzić za „idealną krakowianką”, żeby nikt nie wypomniał jej prowincjonalnego pochodzenia. Zakupy robi u Hawełki i w Sukiennicach, czyta wyłącznie „Czas”, pilnuje, żeby obiad był lepszy niż u sąsiadów. Mąż, profesor anatomii na Uniwersytecie Jagiellońskim, zapewnia jej pozycję społeczną. Służba – i ta wymagająca nieustannej uwagi kucharka Franciszka – wypełnia codzienność. W teorii wszystko jest na swoim miejscu.
W praktyce: Zofia się nudzi. I tej nudy nie może znieść.
Polska panna Marple – i co ją od niej odróżnia
„Krakowska panna Marple” – tak piszą o Szczupaczyńskiej recenzenci, wydawcy, prasa. Określenie to pojawiło się naturalnie i przylgnęło do bohaterki na stałe. Ale warto się przy nim zatrzymać, bo to zestawienie jest zarówno trafne, jak i – w pewnym sensie – zbyt skromne.
Podobieństwa są oczywiste. Jane Marple, stworzona przez Agathę Christie, to detektyw-amatorka, która rozwiązuje zagadki nie dzięki formalnym uprawnieniom, lecz dzięki obserwacji ludzkiej natury. Działa pod maską konwenansów, za fasadą starszej pani, która tylko pyta, słucha i nie ocenia, a tymczasem widzi wszystko. Szczupaczyńska działa analogicznie: Podstawka opisuje ją jako „tropicielkę z powołania”, prowadzącą „kobiece przeszpiegi” tam, gdzie żaden oficjalny śledczy nie miałby dostępu. Sama woli mówić o „badaniu prawdy”, bo brzmi to przyzwoiciej niż wścibstwo, które jest znacznie bliższe rzeczywistości.
Podobna jest też struktura fabularna. Lauks i Podstawka zgodnie wskazują, że rozwiązania zagadek w serii Szymiczkowej są zbudowane na wzór Agaty Christie: finałowa scena, w której detektyw krok po kroku demaskuje sprawcę na oczach zgromadzonych świadków. Zofia lubi efekt. Lubi mieć rację. I lubi, żeby wszyscy wiedzieli, że ją miała.
Ale jest też istotna różnica. Jane Marple jest postacią spójną – wie, kim jest, nie przeżywa wewnętrznych rozterek dotyczących swojej roli. Szczupaczyńska jest rozdarta. Ona sama, według Podstawki i Lauks, myśli o sobie jako o doktorze Jekyllu: stateczna profesorowa, dbająca o dom, konwenanse i wizerunek, która w tajemnicy przemienia się w pannę Hyde – nieustraszoną tropicielkę, gotową wejść do podrzędnego hotelu albo redakcji socjalistów, jeśli śledztwo tego wymaga. I co ważne: czuje z tego powodu wyrzuty sumienia. Ekscytacja śledztwem cieszy ją bardziej niż czytanie książeczki do nabożeństwa – i to ją niepokoi.
Marple prawdopodobnie nigdy by się tak nie niepokoiła. Marple jest z innej epoki i innej klasy – angielskiej dżentelmenii, w której pewna ekscentryczność jest dozwolona, a nawet pożądana. Szczupaczyńska żyje w świecie, gdzie kobieta z jej pozycji nie powinna robić tego, co robi. I robi to mimo wszystko, co czyni ją postacią znacznie bardziej uwikłaną w swój czas.
Uzależniona jak morfinistka

Po rozwiązaniu kilku zagadek Zofia staje się, jak pisze Podstawka za autorami serii, „uzależniona od zbrodni jak morfinistka od swojej ukochanej trucizny”. To nie jest metafora na wyrost. To diagnoza psychologiczna postawiona z rozbrajającą precyzją.
Szczupaczyńska oficjalnie zajmuje się działalnością charytatywną i wspieraniem kariery męża. Nieoficjalnie – prowadzi śledztwa, które wciągają ją coraz głębiej. I choć każdorazowo przekonuje samą siebie, że to ostatni raz, że wróci do pasjansów i haftu, że da spokój – nie daje. Okazuje się, że rozwiązywanie zagadek to jedyna rzecz, przy której czuje, że jej umysł pracuje pełną parą.
Lauks zwraca uwagę na coś jeszcze: Szczupaczyńska jest „mądrzejszą wersją pani Dulskiej”. Dulska jest monolitem, jej hipokryzja jest skończona i nienaruszalna. Zofia potrafi snuć refleksje światopoglądowe, zmieniać zdanie pod wpływem obserwacji, konfrontować się z własnymi uprzedzeniami. Nie zawsze jej to wychodzi, nie zawsze jest świadoma tego, co robi, ale ta niekonsekwencja jest właśnie tym, co czyni ją wiarygodną.
Dulska, Marple i Miss Hyde
Wróćmy na chwilę do pytania postawionego przez Podstawkę: czy Szczupaczyńska jest bliżej pani Dulskiej, czy panny Marple?
Odpowiedź, po lekturze serii i tekstów badaczek, może brzmieć: ani jedno, ani drugie – a raczej: obie na raz, plus coś, czego żadne z tych porównań nie obejmuje. Szczupaczyńska jest postacią zawieszoną między epokami: hołduje tradycyjnym zasadom konserwatywnego pozytywizmu, a jednocześnie pociąga ją nowoczesność, emancypacja, metafizyka. Waha się między racjonalizmem a wiarą w siły nadprzyrodzone i, co znamienne, po rozmontowaniu seansu spirytystycznego jako oszustwa zostaje z poczuciem, że jednak czegoś do końca nie rozumie.
To uczynienie jej symbolem przełomu wieków (przez Lauks wskazane wprost) jest zabiegiem, który podnosi serię powyżej gatunkowej umowności. Kryminał jest tu nośnikiem czegoś więcej: pytań o to, kim może być kobieta w świecie, który jej nie chce słuchać. Dehnel mówi o tym bez owijania w bawełnę: „Jest coś ciekawego w takiej bohaterce, która ma pod górkę, zawsze jest kimś gorszym i nawet jeśli ma dojścia jako profesorowa, to każdy mężczyzna może machnąć ręką, że to jakieś tam babskie gadanie.”
A jednak to babskie gadanie rozwiązuje kolejne zagadki. I temu nikt nie może zaprzeczyć.
Seria ukazuje się nakładem wydawnictwa Znak. Pierwszy tom, „Tajemnica Domu Helclów”. Można zacząć od początku albo od dowolnego miejsca – każdy tom jest zamkniętą historią. Choć gdy się zacznie, trudno poprzestać na jednym.
Tekst oparty na artykułach naukowych: Anna Podstawka, „Młodopolskie kryminały z Galicją w tle, czyli Maryli Szymiczkowej sposób na kryminał retro”, KUL; Anna Lauks, „Kryminał retro jako próba rekonstrukcji przeszłości na przykładzie bohaterki literackiej”, Uniwersytet Jana Długosza w Częstochowie,; recenzji Jerzego Sosnowskiego (2016) i wywiadzie z J.Denhelem i P.Tarczyńskim (2016).